Jezus w windzie

16 października 2017

Eucharystia u sióstr. Jedna z nich, chorująca na raka, nie jest juz w stanie zejść na dół do kaplicy więc w trakcie komunii świętej trzeba udać się z Eucharystią do jej celi, która znajduje się na trzecim piętrze. Idzie ze mną siostra zakrystianka. Żeby było szybciej jedziemy windą. Mijając kolejne piętra patrzę w lustro całkiem nowej windy i widzę swoją nieogoloną, jeszcze nieco zaspaną twarz oraz masywną posturę prostego chłopa ubranego w albę i zielony ornat. W rękach trzymam kielich z Najświętszy Sakramentem. Trzymam Jezusa. I myśle sobie: Panie Jeżu i jak Ci się podoba wycieczka windą? Jestem pewien, że Mu się podobała. Podoba się mu każda eskapada, która jest wyjściem do człowieka. 

Nie jest tak łatwo wyjść, jak mówi Franciszek, zejść z kanapy. Pare tygodni temu wraz z Diecezjalną Diakonią Ewangelizacji ruszyliśmy z akcją ewangelizacyjną w jednej z dzielnic Bielska-Białej. Oczywiście nie o akcję tu chodzi. Chodzi o to, aby z akcji zrodziło się Seminarium Odnowy Wiary, z Seminarium osobiste spotkanie człowieka z Jezusem, ze spotkania człowieka z Jezusem Wspólnota. Postanowiliśmy więc wyjść na ulice, porozmawiać z ludźmi, zaprosić ich, spotkać tych, których nie ma w kościele. Wyszliśmy po dwóch. Nikogo nie namawialiśmy, nie byliśmy nachalni. Tak jak On kiedyś wyszliśmy z jakaś konkretną propozycją, ofertą. Trudno jest od tak kogoś zaczepić, zacząć temat, spytać o wiarę. Utkwiło mi w pamięci dwóch mężczyzn, zupełnie różnych. Pierwszy po paru piwach, siedzący na ławce, smutno patrzący gdzieś w dal. Przyznał, że nie jest szczęśliwy. W kościele go nie ma bo żyje w związku niesakramentalnym i kiedyś jakiś ksiądz nie dał mu rozgrzeszenia. Zaprosiłem go żeby przeszedł na pierwsze spotkanie na Seminarium. Powiedziałem mu uczciwie, że go nie rozgrzeszę, ale to nie znaczy, że nie ma dla niego miejsca w Kościele. Nie przyszedł. Drugi bardzo elegancki. Ma żal do Kościoła i księży. Bo siedzimy na plebaniach i nie wychodzimy do ludzi. Mówię mu: jestem tutaj, specjalnie dla pana i zapraszam do kościoła na Seminarium, spotkać Jezusa. Nie przyszedł. 

Po paru tygodniach piszę o tym tekst. Oddałem samochód do myjni, siadam w pobliskiej galerii handlowej przy stoliku, zamawiam podwójne espresso, wyjmuję tablet żeby dokończyć ten wpis. Obok siedzi mężczyzna i kobieta, wyglądają na moich rówieśników. Rozmawiają o tym jak jest super w kościołach protestanckich. Pastorzy mają żony, znają się na życiu, rozważa się Słowo Boże. Nie to co w kościele rzymskokatolickim. Wstaję, podchodzę do nich, pytam czy mogę się dosiąść. Mogę. Siadam i mowię: nie podsłuchiwałem, ale niechcący słyszałem o czym rozmawiacie. Jestem Kamil i jestem księdzem. Czego ode mnie oczekujecie jako księdza? Chętnie posłucham i jeśli będzie się dało, wcielę w życie. Wstali i poszli. Na szczęście po drodze zapłacili za rachunek. Przegrałem, straciłem ich. 

A Jezus dalej jeździ windą, przechadza się po centrum handlowym, uśmiecha się do pijących kawę  oraz przymierzających ciuchy i kocha wszystkich. I pewno wcale nie uważa, że przegrał.