Dzień minus jeden

27 czerwca 2017

Dzień minus jeden jest chyba najtrudniejszy bo łączy w sobie bolący brzuch, który staje się symbolem wszelkich obaw z niespokojnym sercem rwącym się do działania. 

Jest trochę dziwnie. Czekamy ciągle na tych, których znamy tylko z listy i kart uczestników, jednocześnie wiedząc, że Pan Bóg wie o nich wszystko. Czekamy na tych, których teoretycznie znamy na wylot. Wiemy kto ma alergię na kurz, kto migreny, a kto przewlekłe problemy z nerkami. Z drugiej strony przecież to tak mało w kontekście tego co kryją ich serca, które będą dotykane przez Tego, Który pragnie z całą delikatnością wejść w ich życie. Ich serca to przecież wielkie skarbce. Każde serce to osobna historia przesiąknięta chwilami smutku i bezradności jak i radością i poczuciem szczęścia. Siedzimy sobie, gadamy, modlimy się, skręcamy łóżka, wycinamy coś z papieru, znów się modlimy, coś tam jeszcze przesuwamy, coś montujemy. Cały rok czekałem na ten dzień, na te rekolekcje i na ten czas. Myślę sobie o tym jak to było kiedy sam przyjeżdżałem jako uczestnik. Przyjeżdżając nie znałem tego kontekstu, tej całej otoczki, która dzieje się wokół tego wielkiego dzieła jakim są rekolekcje wakacyjne Ruchu Światło-Życie. Myślę sobie jak wiele otrzymałem. Jestem księdzem. Jezusa wybrałem za Pana i choć moje życie jest upadaniem i powstawaniem na zmianę, nie chciałbym go zamienić na żadne inne. Bóg poprzez Ruch dał mi mnóstwo. Teraz spłacam dług. 

Próbuje zasnąć. Budzę się w nocy. Byłoby łatwiej gdyby nie poczucie odpowiedzialności. Przecież o każdego z nich kiedyś zapyta mnie On. Przychodzą różne myśli do głowy: "i po ci to? Są wakacje, można było posiedzieć na parafii, w zaciszu swojego pokoju. Święty spokój". Niby tak. Tylko, że jakoś nie wyobrażam sobie wakacji bez rekolekcji, uśmiechniętych twarzy młodych ludzi, którzy na końcu zaświadczają, że coś się w ich życiu wydarzyło choć nie wiedzą co. Wiedzą natomiast, że muszą zrobić wszystko by żyć inaczej niż dotąd. I ja muszę zrobić to samo.